Zaczęło się od wyglądu wiolonczeli, a skończyło na koncertach po świecie

Zaczęło się od wyglądu wiolonczeli, a skończyło na koncertach po świecie

FOT. Powiat Poznań

Podczas premiery ebooka „Rozkwitam na nowo” muzyka Agnieszki KOVA Kowalczyk wybrzmiała obok historii kobiet, które po mastektomii układają życie na nowo. Jej kompozycje z albumu „Boginie” i opowieść o dziewięciu bohaterkach wydawnictwa spotkały się w jednym, niezwykle spójnym wieczorze. Sama artystka nie ukrywa, że solowe granie daje jej najwięcej swobody. A droga do tego miejsca zaczęła się od wyboru instrumentu, który zwrócił jej uwagę po prostu… wyglądem.

  • Dziewięć utworów i dziewięć historii, które odnalazły wspólny rytm
  • Wiolonczela wybrana przypadkiem, potem już bez odwrotu
  • Solowe granie dało jej pełną wolność, ale wymaga też odwagi
  • Koncerty, podróże i wiolonczela z własnym biletem

Dziewięć utworów i dziewięć historii, które odnalazły wspólny rytm

Podczas oficjalnej premiery ebooka „Rozkwitam na nowo” spotkały się dwa światy, które na pierwszy rzut oka nie muszą do siebie pasować, a jednak zagrały w jednej tonacji. Z jednej strony była muzyka z albumu „Boginie”, z drugiej historie dziewięciu kobiet po mastektomii. Właśnie ta liczba połączyła wszystko najmocniej.

Agnieszka KOVA Kowalczyk przyznała, że z zaproszenia na to wydarzenie ucieszyła się z kilku powodów. Po pierwsze, jej repertuar od dawna wyrasta z tematów kobiecych i symbolicznych. Po drugie, „dziewiątka” ma dla niej szczególne znaczenie.

„Dziewiątka jest zresztą dla mnie magiczna cyfra” – powiedziała artystka.

Na płycie „Boginie” znalazło się dziewięć kompozycji, choć samych utworów poświęconych kobiecym bóstwom napisała znacznie więcej. To ważny trop dla słuchacza, bo jej muzyka nie powstaje przypadkiem. Każdy projekt ma własny ciężar i własny temat, a koncert staje się czymś więcej niż tylko wykonaniem kolejnych utworów.

Wiolonczela wybrana przypadkiem, potem już bez odwrotu

Historia jej instrumentu brzmi niemal jak scena z filmu. W rodzinie nie było muzyków, a sama zainteresowała się wiolonczelą jako kilkuletnie dziecko. Najpierw trafiła do ogniska muzycznego, później do zerówki przy szkole muzycznej w Toruniu . Gdy padło pytanie o instrument, wskazała właśnie na ten, który zwrócił jej uwagę swoim wyglądem.

„Wybrałam ze względu na jej wygląd. Dopiero później się w niej zakochałam, w jej brzmieniu i możliwościach” – mówi Agnieszka KOVA Kowalczyk.

To wyznanie dobrze tłumaczy, dlaczego dziś tak pewnie porusza się między różnymi muzycznymi światami. Gra już od 35 lat, ale nie zamknęła się w jednej formule. Sięgnęła po wiolonczelę elektryczną, zaczęła pracować z loopami i elektroniką, a to otworzyło przed nią nowe możliwości sceniczne. Dzięki temu długi solowy koncert nie jest dla niej monologiem jednego dźwięku, tylko żywą opowieścią.

Najważniejsze obszary jej pracy można dziś ująć niemal jak mapę:

  • album „Boginie” – kompozycje inspirowane kobiecymi bóstwami,
  • „Dancing Souls of Trees” – przygotowywana płyta o świętych gajach i drzewach,
  • trzeci, już gotowy materiał – poświęcony zapachom.

Każdy z tych projektów pokazuje, że dla artystki inspiracją może być zarówno mit, jak i natura czy zmysł węchu. To nie jest muzyka pisana pod jeden format, tylko pod konkretną ideę.

Solowe granie dało jej pełną wolność, ale wymaga też odwagi

Najmocniej wybrzmiewa u niej wątek koncertów solowych. To właśnie one stały się dla niej momentem przełomu. Po latach funkcjonowania jako wykonawczyni odkryła w sobie potrzebę komponowania i samodzielnego budowania całego występu.

„Jako solistka czuję się w pełni artystką” – podkreśla.

Ta niezależność ma jednak swoją cenę. Kiedy gra sama, odpowiada nie tylko za muzykę, lecz także za scenografię, własny wizerunek i to, co chce powiedzieć publiczności między utworami. Sama przyznaje, że mówienie ze sceny też było dla niej wyzwaniem, bo z czasem zaczęła opowiadać o inspiracjach i o tym, skąd biorą się kolejne kompozycje.

Jej kalendarz pokazuje, że nie żyje wyłącznie jednym projektem. Współpracuje z wieloma składami, od większych zespołów po duety, tria i kwartety. W sumie doliczyła się czternastu muzycznych przedsięwzięć, choć nie wszystkie działają równolegle. Największe znaczenie ma dla niej jednak solowa droga.

W tle pozostają też inne ważne współprace. Przez lata grała u boku Raya Wilsona, byłego wokalisty Genesis, którego ceni za profesjonalizm i precyzję koncertową. Jest również muzykiem sesyjnym, a ostatnio mocniej zaangażowała się w projekt Wieczornik.

Koncerty, podróże i wiolonczela z własnym biletem

Muzyka od dawna prowadzi ją daleko poza Polskę. Odwiedziła blisko dziewięćdziesiąt krajów, a pierwszą większą zagraniczną podróż odbyła jako dziecko, po wygraniu regionalnego konkursu muzycznego. Nagrodą było tournée po Norwegii, które zrobiło na niej ogromne wrażenie.

To wtedy, jak opowiada, wróciła do domu z jednym, bardzo mocnym postanowieniem: chciała grać przez całe życie. I rzeczywiście, dziś koncertowanie jest dla niej stylem życia, choć nie zawsze łatwym.

Najwięcej trudności sprawiają podróże z instrumentem. Wiolonczela potrafi mieć własne miejsce w samolocie, a bywa nawet, że dostaje osobny bilet i posiłek. Artyście nie raz zdarzyło się utknąć na lotnisku na wiele godzin. Mimo zmęczenia i stresu wciąż traktuje to jako część własnej drogi.

W domu ma cztery walizki, z czego dwie są zawsze otwarte. To chyba najlepszy znak, że między jednym koncertem a drugim nie ma u niej długich przerw na spokojne rozpakowywanie. W planach są już kolejne wyjazdy – do Japonii i na Alaskę. A wiolonczela, choć wybrana kiedyś tylko oczami, nadal prowadzi ją dokładnie tam, gdzie zaczyna się prawdziwa muzyczna opowieść.

na podstawie: Powiat Poznań.