„Pulverkopf” w Poznaniu - teatralny labirynt pamięci, ciała i historii

„Pulverkopf” w Poznaniu - teatralny labirynt pamięci, ciała i historii

FOT. Kultura Poznań

Na scenie Teatru Polskiego w Poznaniu przeszłość nie układa się w równą opowieść. W „Pulverkopfie” Katarzyny Kalwat wspomnienia, archiwa, muzyka i cudze tożsamości splatają się w widowisko, które potrafi przyciągnąć jak lep, ale nie zawsze pozwala łatwo zrozumieć, dokąd prowadzi.

  • „Pulverkopf” przenosi widzów między pamięcią a gorączkowym snem
  • Aktorzy budują świat, w którym tożsamości nie stoją w miejscu
  • Prawie cztery godziny pokazują siłę eksperymentu i jego cenę

„Pulverkopf” przenosi widzów między pamięcią a gorączkowym snem

Spektakl powstał jako koprodukcja warszawskiego Nowego Teatru i Teatru Polskiego w Poznaniu. Jego premiera odbyła się 9 kwietnia. Za podstawę posłużyła blisko sześciusetstronicowa powieść Edwarda Pasewicza - wielowątkowa, muzyczna w konstrukcji i świadomie wymykająca się jednej, uporządkowanej narracji.

Katarzyna Kalwat po raz drugi pojawia się z przedstawieniem na poznańskiej scenie. Wcześniej przygotowała tu „Zażynki” w 2012 roku. Tym razem bierze na warsztat historię, która sama w sobie przypomina labirynt: prowadzi przez rodzinne tajemnice, niemieckie pogranicze, wojenne traumy i biografie ludzi wypchniętych poza główny nurt historii.

W centrum znajduje się Patryk Werhunt, mężczyzna wychowany w Międzyrzeczu, zmagający się z chorobą i poczuciem życia „pomiędzy”. W tej roli Jacek Poniedziałek nie tyle opowiada gotową historię, ile pokazuje, jak opowieść dopiero się tworzy. Punktem wyjścia stają się ciało odnalezione w rzece oraz archiwum pozostawione przez babkę. Dalej pojawiają się rodzinne ślady, losy mieszkańców dawnych niemieckich kresów wschodnich i historia eksterminacji osób chorych psychicznie w ramach akcji T4.

Ważnym tropem jest Norbert von Hannenheim, niemiecki kompozytor zabity w 1945 roku w szpitalu psychiatrycznym w Międzyrzeczu-Obrzycach. Jego postać łączy opowieść o przemocy historii z pytaniem o pamięć, sztukę i próbę zapisania w muzyce czegoś, co mogłoby przetrwać człowieka. 🎭

Aktorzy budują świat, w którym tożsamości nie stoją w miejscu

W „Pulverkopfie” bohaterowie zmieniają role, przejmują cudze głosy i przesuwają się między epokami. Nie zawsze da się od razu rozpoznać, kto mówi, z jakiego czasu pochodzi dana scena i czy oglądamy wspomnienie, wizję, czy może fakt. To nie przypadek, lecz jedna z podstawowych zasad przedstawienia.

Poniedziałek nadaje Werhuntowi silną, momentami hipnotyczną obecność. Partnerują mu między innymi Wojciech Kalarus, Alona Szostak, Denis Kudijenko oraz Krzysztof Oleksyn jako Hannenheim. Ten ostatni przez sporą część spektaklu pozostaje nieco z boku, by później przejąć scenę mocnym monologiem.

Kalwat wzmacnia poczucie niepewności także obrazem. Scenografia Aleksandry Wasilkowskiej przypomina groteskowy, niepokojący sen. Wśród rzeźb i zdeformowanych form pojawia się ogromne monstrum pożerające człowieka. Można widzieć w nim historię pochłaniającą jednostkę albo szaleństwo, które rozsadza rzeczywistość. Najciekawsze momenty spektaklu pojawiają się właśnie wtedy, gdy scena przestaje ilustrować tekst, a zaczyna działać własnym rytmem.

Dużą rolę odgrywa muzyka Fryderyka Lutyńskiego wykonywana na żywo. Rytm, głos i fizyczna obecność aktorów potrafią zagęścić atmosferę mocniej niż kolejne partie narracji. W takich chwilach przedstawienie staje się cielesne, intensywne i naprawdę teatralne. 🔊

Prawie cztery godziny pokazują siłę eksperymentu i jego cenę

„Pulverkopf” trwa niemal cztery godziny. To czas, w którym można wejść głęboko w niejednoznaczny świat spektaklu, ale też łatwo zgubić się w nadmiarze wątków i słów. Adaptacja Krzysztofa Szekalskiego przygotowana we współpracy z Pasewiczem nie próbuje nadmiernie upraszczać literackiego pierwowzoru. Z jednej strony pozwala zachować jego rozmach, z drugiej przenosi na scenę ciężar, który w książce czytelnik może oswajać we własnym tempie.

Największym atutem przedstawienia pozostaje atmosfera. Kalwat potrafi stworzyć przestrzeń, gdzie historia, pamięć i urojenie przenikają się bez wyraźnych granic. Słabsze są te fragmenty, w których spektakl usiłuje ocalić zbyt wiele z powieściowej konstrukcji. Wtedy zamierzona dezorientacja zaczyna przypominać zwykły nadmiar.

To teatr ryzyka - atrakcyjny i monotonny jednocześnie, fascynujący, ale chwilami trudny do uchwycenia. Nie wszystkie sensy „Pulverkopfa” zostają podane widzom wprost. I być może właśnie w tym tkwi jego uczciwość: nie proponuje wygodnej lekcji historii ani jednej odpowiedzi, tylko doświadczenie pamięci, która zawsze pozostaje niepełna. 🌀

na podstawie: Kultura Poznań.

Ilustracja wykorzystana w artykule została pobrana z zewnętrznego źródła (Kultura Poznań). W przypadku zastrzeżeń dotyczących praw do zdjęcia prosimy o kontakt.

Treści na stronie są opracowywane z wykorzystaniem sztucznej inteligencji