Altówka wyszła z cienia w Filharmonii Poznańskiej

Altówka wyszła z cienia w Filharmonii Poznańskiej

FOT. Kultura Poznań

W Filharmonii Poznańskiej altówka dostała wieczór dla siebie i od razu zrobiło się ciekawiej niż w standardowym symfonicznym planie. Podczas 529. Koncertu Poznańskiego uwagę przyciągnął rzadko grany „Koncert na altówkę” Tibora Serly’ego - utwór, który nie udaje łatwego przebojowca, za to ma sporo charakteru 🎻

    1. Koncert Poznański dał altówce pełne światło sceny
  • Schubert po przerwie wszedł mocno, choć nie każdą częścią porwał tak samo
  • Tytuł obiecywał Dunaj, a wieczór poszedł własną drogą

529. Koncert Poznański dał altówce pełne światło sceny

To właśnie rzadkość soliowej altówki okazała się jednym z najmocniejszych punktów tego wieczoru. Serly, kompozytor urodzony w 1901 roku w Losoncu, miał za sobą ciekawą, transatlantycką drogę - dzieciństwo spędził już w Nowym Jorku, potem wrócił do Budapesztu, gdzie trafił do muzycznego środowiska Kodálya i Bartóka, a później znów pracował w Stanach jako altowiolista.

Ta biografia słychać w samej partyturze. „Koncert na altówkę i orkiestrę” z 1929 roku wykorzystuje pełnię możliwości instrumentu - od ciemnych, niskich rejestrów po górę skali i techniczne akrobacje dwudźwięków. Nie jest to muzyka pisana pod natychmiastowy aplauz, bo obok szerokich fraz pojawiają się dysonanse, mocne tutti i wyraźna rola perkusji. Ale właśnie dzięki temu koncert ma nerw i własny język. 🎶

W Poznaniu solową partię zagrała Karolina Lewińska-Bąk, altowiolistka Filharmonii Poznańskiej, a jej wykonanie szczególnie dobrze wybrzmiało tam, gdzie Serly prowadzi instrument w dolnym rejestrze. Z kolei orkiestra pod batutą Adama Banaszaka trzymała całość w ryzach, precyzyjnie podając dialogi między zespołem a solistką i nadając temu utworowi odpowiednią energię.

Schubert po przerwie wszedł mocno, choć nie każdą częścią porwał tak samo

Po przerwie na podium wszedł Oleg Caetani, który mimo fizycznej niedyspozycji poprowadził IX Symfonię Franza Schuberta. I tu wieczór wszedł w cięższy, monumentalny rejestr. Ten utwór lubi porównania do Brucknera i Mahlera, ale w środku ma też wyraźny beethovenowski impuls - napięcie budowane kontrastem, rytmem i potężnymi kulminacjami.

W pierwszych dwóch częściach ta koncepcja zadziałała dobrze. Było dużo mocy, świeżości i szerokiego oddechu. Później jednak pojawiło się więcej jednostajności niż zaskoczeń - zwłaszcza w Scherzu, gdzie trio nie wybrzmiało tak, jak mogło. Dało się też zauważyć kilka nierówności w solo wiolonczeli w drugiej części. Mimo tego orkiestra wciąż broniła się brzmieniem: dobrze grały obie grupy skrzypiec, a dęte drewniane miały soczystość, którą łatwo zapamiętać - zwłaszcza obój w drugim ogniwie.

Tytuł obiecywał Dunaj, a wieczór poszedł własną drogą

Z dzisiejszej perspektywy najmocniej wybija się jeszcze jedno: sam tytuł koncertu, „Nad pięknym modrym Dunajem”, mógł wprowadzić w lekki błąd. Owszem, obaj kompozytorzy mieli związek z naddunajskimi miastami, ale muzycznie nie było tu ani śladu walca Johanna Straussa syna. Zamiast lekkości przyszła muzyka bardziej wymagająca, czasem szorstka, ale przez to szczera i ciekawa.

I może właśnie dlatego ten wieczór zostaje w pamięci. Nie jako koncert, który gładko płynął od pierwszego do ostatniego taktu, tylko jako spotkanie z repertuarem, który nie boi się ryzyka. A na jego czele stanęła altówka - instrument zwykle schowany między sekcjami, tym razem postawiony w samym centrum uwagi.

na podstawie: Kultura Poznań.

Ilustracja wykorzystana w artykule została pobrana z zewnętrznego źródła (Kultura Poznań). W przypadku zastrzeżeń dotyczących praw do zdjęcia prosimy o kontakt.